StartowaNasze Sprawy Wspomnienia z dzieciństwa Anny Cynkiel z Pruszcza Gdańskiego
Wspomnienia z dzieciństwa Anny Cynkiel z Pruszcza Gdańskiego
29.11.2008.
Najlepsze lata kobieta spędziła na dalekiej Syberii, w mrozie i o
głodzie. Przed wojną pani Anna mieszkała w Brześciu. Ojciec był
legionistą. Walczył w Wojnie Bolszewickiej w 1920 roku. Wrócił do domu
ranny. Choroba wyeliminowała go z armii. Rodzina, jako osadnicy
wojskowi otrzymała duże gospodarstwo rolne nieopodal Brześcia.
- Miałam 15 lat, gdy wybuchła wojna - wspomina dziś 83-letnia Anna
Cynkiel. - Brześć zdobyli Niemcy, ale po tygodniu tereny te zostały
wcielone do Związku Radzieckiego. Od razu zakwalifikowano nas, jako
wrogów Kraju Rad. To nie wróżyło niczego dobrego. Dziesiątego lutego
1940 r. komisarz kazał nam wyjść z domu tak, jak staliśmy. Bez
pakowania odzieży i żywności. Ojciec zmarł jeszcze przed wojną. Wraz ze
mną jechała mama Katarzyna, starszy brat Walenty, siostra Maria i
młodszy brat Wacław. Z sąsiadami wsiedliśmy do wagonów towarowych i
pierwszym transportem wyjechaliśmy na daleką północ. Nie wiedzieliśmy
gdzie jedziemy, ale obsługa zapewniała nas na każdym kroku, że polskie
"pany" - jak nas nazywano - nigdy już nie zobaczą polskiego nieba.
Podróż była okrutna. Jedzenie, czyli kawałek chleba i wodę, dawano nam
nieregularnie. Na przystankach zbierano zmarłych z wagonów. Po około
miesiącu, nikt dokładnie nie liczył dni w tym piekle, wysiedliśmy w
obozie Hołmogory w lasach, gdzieś koło Archangielska. Baraki już stały,
przed nami mieszkały w nich ofiary czystek stalinowskich. Wszy i
pluskiew było aż za dużo w każdej pryczy. Pracowaliśmy na akord, jako
drwale. Dano nam kufajki i walonki. Siostra postanowiła samotnie uciec
z tego obozu. Była załamana i chyba chciała umrzeć w bezkresnej
puszczy. Jak się potem okazało, przeszła przez lasy prawie pięćset
kilometrów. Trafiła do jakiegoś kołchozu, gdzie nikt nie pytał skąd
przyszła. Została traktorzystką i miała odrobinę lepsze życie.
Poumieralibyśmy na zesłaniu, gdyby nie Władysław Sikorski. Starał się
ulżyć doli zesłańców. Po trzech latach odetchnęliśmy z ulgą, gdy bracia
poszli do Ludowego Wojska Polskiego. Zanim powiadomiono ich o takiej
możliwości, generała Andersa nie było już w Związku Radzieckim. Nie
mieli zatem wyboru.
W tym czasie służby specjalne Związku Radzieckiego przygotowywały
baraki na przyjęcie setek tysięcy żołnierzy niemieckich, którzy masowo
trafiali do niewoli. Polscy zesłańcy, już na wpół wolni, zostali
przeniesieni do innych prac w Archangielsku na nieporównywalnie
lepszych warunkach. Pani Anna trafiła do dużej fabryki odzieżowej.
Szybko nauczyła się robienia swetrów na drutach. Skończył się głód. Po
roku dziergania swetrów, gdy miała okazję przenieść się do cieplejszego
klimatu, skorzystała. Zapisała się na wyjazd do kołchozu na Równinie
Wschodnioeuropejskiej. W transporcie spotkała siostrę, która dwa lata
wcześniej uciekła z lasów Archangielska.
- Ależ to było spotkanie - opowiada Anna Cynkiel. - Okazało się, że
wyczerpana siostra trafiła do jakiegoś kołchozu 500 km od
Archangielska. Była traktorzystką. Ja w nowej pracy zostałam kucharką i
woziłam jedzenie na pole Polakom i Rosjanom. Nie wiedzieliśmy jeszcze,
czy pozwolą nam wrócić do Polski. Razem z nami od początku była
zaprzyjaźniona rodzina, babcia z dziadkiem i mama z czwórką małych
dzieci. Jej rodzice i dwie starsze córeczki umarły w leśnym obozie. Ona
z synami Jasiem i Stasiem trafiła z nami do kołchozu. Kiedyś w gronie
zesłańców zażartowała, by oszczędzać siły, bo przecież wrócimy i trzeba
zachować energię do odbudowywania Polski. Ktoś doniósł NKWD. Skazano ją
na dziesięć lat ciężkich robót na Północy. Wróciła do kraju dopiero w
1956 roku.
Jaś i Staś zostali w kołchozie. Mieli wyjechać do domu dziecka...
- Przyszedł do mnie oficer NKWD i powiedział, że na pewno wrócimy do
Polski, ale Jaś i Staś, jeśli trafią do ochronki, raczej nie.
Zaproponował żebym wzięła ich pod opiekę. Tak się stało. Jeden miał
dziesięć, drugi jedenaście lat. Wcześniej nie lubiłam tego oficera,
jednak on okazał się ludzki. Wreszcie w marcu 1946 roku wyjechaliśmy do
kraju. Podstawiono te same wagony, które wiozły nas do Archangielska.
Miejscowi płakali na pożegnanie, bo zdążyli nas polubić. Proszono,
byśmy nie otwierali drzwi pociągu, bo po drodze Ukraińcy mogą nas
zmasakrować. Do domu, do Brześciu nie było po co wracać, bo tam był już
Związek Radziecki. Pojechaliśmy do Poznania. Szybko znalazłam ojca
Jasia i Stasia, który natychmiast po nich przyjechał. Dowiedziałam się,
że obaj bracia szczęśliwie wrócili z wojny i gospodarzą na Żuławach.
Przyjechałam do nich. Wyszłam za mąż i zamieszkałam najpierw w
Przejazdowie, potem w Pruszczu Gdańskim. Na zesłaniu zostawiłam
najlepsze lata młodości. Przeżyliśmy dzięki generałowi Sikorskiemu, bo
wyciągnął nas z obozu Hołmogory, gdzie w mogiłach zostało tak wielu z
naszego transportu. Ze Stasiem utrzymuję kontakt do dziś. Jest
wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Ludowego w Lublinie. Wysyłamy
sobie kartki z różnych okazji.